Mój syn wiedział kiedy ma przyjść na świat. Wygrał walkę ze śmiercią.

Mój syn czyli trochę prywaty…

O tym, że Maksio miał już problemy zdrowotne w 3 trymestrze ciąży pisałam wam tu. Wykryto u niego krwawienie do mózgu na ostatnich badaniach prenatalnych. Dlatego już zawsze będę mówiła mamom, żeby badały swoje maluszki. (Wiem, że jeszcze sporo kobiet uznaje zwykle USG za wystarczające). Krwawienie zniszczyło praktycznie cały prawy płat czołowy jego mózgu. Został z niego dosłownie 8 mm paseczek. Czyli tyle co nic…

Kobieta to czuje…

Do sedna. Pod koniec 35 tyg zaczęłam mieć częstsze skurcze, więc bez zastanowienia pojechałam do szpitala. Wiecie taka matczyna intuicja podpowiadała mi, że to zaraz. Z racji jego stanu zdrowia nie mogłam rodzić w swoim szpitalu, ponieważ od razu by mi go zabrano i przewieziono do Legnicy lub jeszcze dalej. Oczywiście zrobiono badania, po czym położyli mnie na patologii ciąży. Od początku było wiadome, że czeka mnie 3 CC, ale z tą decyzją czekano. Miało to działać na korzyść dziecka. Wiadomo, przecież każdy dzień w brzuchu mamy ma znaczenie. Jednak mój synek chciał już stamtąd wyjść i miał w nosie zdanie lekarzy, zaczął się pchać na świat coraz bardziej.

Miałam szczęście, że moja ginekolog tego dnia była na dyżurze. Pani doktor powiedziała mi tylko tyle „Pani Kasiu, nie damy rady już tego przeciągać, proszę się przygotować.. Wiecie, co jest najśmieszniejsze ? Ja czułam, że to będzie właśnie dzisiaj. Nie jadłam i nie piłam tyle godzin ile potrzeba przed cesarką. Był to wieczór. Ja w szpitalu całkiem sama, ponieważ mąż musiał zostać z dziećmi w domu. To nie należało do najprzyjemniejszych przeżyć. Przygotowanie do zabiegu jest jedną z najgorzej wspominanych przeze mnie rzeczy, jeśli chodzi o samą cesarkę.

 

Strach o własne dziecko

Czym jest jednak ten ból z porównaniem do strachu o własne dziecko? Kiedy go wyciągnęli to oczywiście czułam, byłam świadoma,co się dzieje na sali. Przeraziła mnie ta cisza. Wyjęli mi dziecko, a ono nie płacze! Usłyszałam klapsa i po chwili lekki odgłos, taki, który mówił „Mamo jestem, ale nie mam siły płakać”. Nawet mi go nie pokazano, od razu został zabrany. Lekarze go oczyścili ze śluzu, ponieważ miał go sporo w drogach oddechowych i włożyli do inkubatora. Mnie zawieziono na salę pooperacyjna i naćpali lekami.

Nie mogłam go zobaczyć, tak bardzo się bałam. Nikt nie przychodził, nie mówił mi, że wszystko jest w porządku. Ta noc trwała wieczność. Rano położna postawiła mnie na nogi i przeniosła już na poporodową salę. Tam dzięki uprzejmości znajomej położnej mogłam trochę odetchnąć. Przyszła, by mi pokazać zdjęcie i powiedzieć, co się działo z Maksiem w nocy. Młody leżał kawałek dalej na patologii noworodków. Łzy poleciały mi po policzkach. Choć trochę poczułam ulgę, ale nie trwała długo. Nie mogłam tak leżeć w łóżku sama, kiedy obok kobieta trzymała swoje nowo narodzone dzieci na rękach. Bliźniaki, malutkie, słodkie i zdrowe dzieci… Musiałam jak najszybciej dojść do siebie. Chciałam tam pójść i być tylko przy nim. Dwa razy miałam cesarkę, znałam ten ból i jak wcześniej mnie on paraliżował i zniechęcał do aktywności tym razem zacisnęłam zęby.

 

Stan zdrowia mojego syna po porodzie

Miał problemy z oddechem, więc musiał mieć stale sprawdzane parametry życiowe. On mnie potrzebował bardziej. On walczył o życie od pierwszej chwili pojawienia się na tym świecie. Jako mama miałam swoje cele. Przede wszystkim wstać, by się uruchomić i rozbujać laktację. Wiedziałam, że tylko tyle lub aż tyle mogę mu dać. Wcześniej karmienie piersią było dla mnie czymś czego nie chciałam i nie potrafiłam dać chłopakom. Jednak życie potrafi zmienić człowieka. Odniosłam swój mały sukces w KP o czym pisałam tu.

Kiedy weszłam do niego, nie mogłam powstrzymać się od płaczu. Pozwolono mi otworzyć okienko i go dotknąć. Rozumiecie? W końcu! Mówiłam mu po cichu : „Synku, mama cię kocha, tata cię kocha, proszę… bądź dzielny”. Powtarzałam mu te słowa na okrągło.

Badania wykazały małopłytkowość. Wyniki były na granicy śmiertelności. 19 tysięcy płytek na normę 150 tysięcy. W każdej chwili mógł krwawić gdziekolwiek. Jego krew w ogóle nie krzepła. Prawdopodobnie nikt nie byłby w stanie Maksia wtedy uratować. Każdy dzień był dla niego na wagę złota, ponieważ odkąd się urodził płytki szły w górę. Powoli… Przez to nie mógł być ze mną. Ja niedługo po cesarce, siedziałam z nim całymi dniami na tym drewnianym, okropnie niewygodnym krześle. Mogłam wyciągać go na karmienie, więc karmiłam i patrzyłam. Mówiłam mu na ucho wciąż te same słowa. Tuliłam go i szeptałam mu do ucha, żeby walczył. Prosiłam go…

Kiedy wpadał w bezdechy wpadałam w panikę. Nigdy nie bałam się bardziej. Miałam to szczęście, że wcześniej chłopcom nic się nie działo. Był strach, ale inny. Taki jaki ma każda mama, taki ludzki. Tym razem los sprawił nam niemiłą niespodziankę. Być może miała być to dla mnie lekcja pokory, ale ja pieprzę takie lekcje! Jedyne czego pragnęłam to, aby mój syn żył.

Każdy dzień dawał nam coraz większą nadzieję

Po kilku dniach nadszedł czas na tomografię. Mówię wam to było okropne. Widok dziecka z wenflonem w szyi, które jest otumanione lekami i wygląda jakby go już ze mną nie było… Nigdy tego nie zapomnę, wkładali go do tomografu, jak zwłoki. Badanie potwierdziło, że to nie są zmiany nowotworowe. Jednak do całkowitej pewności potrzebny był rezonans, którego tam nie mogli mu zrobić.

Płytki małemu urosły po tygodniu na tyle, że pozwolili mi go wziąć na salę. Wreszcie!  Ja przez ten czas prawie nie spałam. Dniami i nocami siedziałam na tym nieszczęsnym krześle. Zapomniałam o swoim bólu, był nieistotny. Liczył się tylko mój syn. Odpoczęłam fizycznie i psychicznie, kiedy mi go oddali.  Chociaż dalej wolałam na niego patrzeć i przytulać, niż spać. Nie wiem skąd znalazłam w sobie tyle sił. Rodzina była w szoku, ale na całe ich szczęście nikt nie próbował się ze mną licytować i mnie umoralaniać. Zresztą wiedzieli, że nikogo nie posłucham. Potrzebowałam wtedy ich wsparcia i zrozumienia.

Jak to się skończyło?

Strasznie chciałam wrócić z Maksiem na Wielkanoc do domu. Udało się, wypis był w Sobotę. Byłam szczęśliwa. Kiedy mąż zabrał nas do domu, odetchnęłam z ulgą. Miałam w moich mężczyznach wsparcie. Pozwolili mi odpocząć. Wszyscy cieszyli się na to, że jesteśmy już w domu. Chłopcy też pewnie się bali, więc nasza obecność w domu ich uspokoiła.

Mój syn wiedział

Mój syn wiedział, kiedy przyjść na świat. Ja w to wierzę, że on wiedział. Gdyby tak nas przetrzymano być może nigdy nie mogłabym już spojrzeć w te ciemne piękne, duże oczy. Nie mogłabym przytulić i mówić jak bardzo się cieszę, że jest. I choć teraz czeka nas niepewna przyszłość to jesteśmy razem… i będziemy walczyć.

 

Jeśli chcesz wiedzieć, co dzieje się u nas na co dzień, jak Maksio się rozwija to zapraszam do polubienia na nasz FB oraz obserwowania Instagramu.

22 Comments on “Mój syn wiedział kiedy ma przyjść na świat. Wygrał walkę ze śmiercią.”

  1. czytając ten wpis płakałam. Jak ciężko czasami jest być matką. niejedna z nas niejedno przeżyła. Ciesze się, że ten poród jednak dobrze się skończył. Pozdrawiam serdecznie i życzę dużo zdrowia 🙂

  2. Cudownie, że maluszek od początku walczył. Silny chłopak, który pokazał mamie, że nie podda się tak łatwo. Oby już wszystko było tylko dobrze! A my kobiety choć podobno jesteśmy słabszą płcią dla swoich dzieci jesteśmy w stanie przetrwać bardzo wiele,

  3. Dziękuje Ci za to, że podzieliłaś się tą niesamowicie trudną historią. Ściskam serdecznie i trzymam kciuki, by niepewna przyszłość okazała się bardzo radosna. Maksiowi duuuużo zdrówka! Pozdrawiam, Magda z sasanki.com

    1. To prawda.. nie należało to do najłatwiejszych rzeczy. Jednak jedna wygrana walka daje siłę by stoczyć ja po raz kolejny i znów być zwycięzca.

  4. Bardzo wzruszył mnie Twój wpis. Najważniejsze, że jestescie już w domu.Mały walczył Ty też.Podziwiam Twoją siłę i determinację maluszka.Ściaskam mocno i trzymam kciuki!

  5. Bardzo wzruszający i otwarty wpis 🙂 podziwiam Cię za to wszystko . Jednocześnie jestem myślami z Wami, abyście mieli dużo sił w walce o zdrowie dziecka 🙂 ściskam mocno!

Jeśli podobał ci się wpis będzie mi bardzo miło, jak podzielisz się swoją opinią.